Search

NIEBIESKA FLAGA NAD PUSTYNIĄ (Izrael, LLOV)

Gdzieś, ktoś mądry, napisał kiedyś, że z marzeniami trzeba uważać, bo potrafią się spełniać. :) Cóż, trudno się z tym nie zgodzić. Po miesiącu oczekiwania na akceptację akredytacji, kilku godzinach lotu samolotem i kilku dodatkowych na jazdę samochodem, jesteśmy na miejscu. No prawie. Wokół nas pustynia Negev. Rozległe, kamieniste pustkowie, pełne wzgórz, wąwozów, wyschniętych koryt rzek i strumieni. Gdy godzinę temu wyruszyliśmy na północ z leżącego nad zatoką Akaba Eliatu, otaczały nas wysokie wzgórza, a kręta droga wiodła wzdłuż wielkiego płotu będącego granicą pomiędzy Egiptem i Izraelem. Teraz krajobraz się nieco „uspokoił”, wzgórza, a może już bardziej góry, wciąż nam towarzyszą, ale są już dalej, hen na horyzoncie. Poranne słońce pięknie maluje na nich brązowo, złote wzory. Ok. nie ma się co rozczulać :), przed nami przecież poważne zadanie. Naszym celem jest Ovda – Baza Lotnicza Izraelskich Sił Powietrznych, w której odbędzie się dzień prasowy międzynarodowych ćwiczeń lotniczych BlueFlag 2017. Ovda Air Base Po ponad godzinnej jeździe, wreszcie docieramy na miejsce. Na rozległej równinie widać już zabudowania lotniska. Przed nami Ovda Air Base. Zanim dojedziemy do bramy jeszcze kilka informacji historyczno-geograficznych. Lotnisko Ovda mieści się kilkadziesiąt kilometrów na północ od miasta Eliat, czyli najdalej na południe położonego miejsca w Izraelu i jedynego izraelskiego skrawka wybrzeża nad morzem Czerwonym. Łatwo znaleźć na mapie. Powstało na początku lat osiemdziesiątych jako zastępstwo dla opuszczonej przez IAF bazy lotniczej Etzon na Synaju. Dla wyjaśnienia: po zwycięskiej wojnie z państwami arabskimi w 1967, tzw. „wojnie sześciodniowej”, Izrael zajął cały półwysep Synaj aż do brzegów Kanału Sueskiego. Na okupowanych terenach zbudowano wiele baz i instalacji wojskowych. Jednak na mocy traktatu pokojowego z Camp David z 1978 roku Izrael wycofał się z większości zajmowanego terenu, opuszczając również wiele zbudowanych już baz. W ramach rekompensaty rząd USA sfinansował budowę wielu instalacji wojskowych na terenie Izraela, w tym m.in. lotniska Ovda. Tyle historii. Dziś miejsce to wykorzystywane jest zarówno przez lotnictwo wojskowe, jak i cywilne. Jako port lotniczy Red Sea Ovda Airport przyjmuje loty pasażerskie, dla których lotnisko w Eliacie jest za krótkie. Głównie chodzi o duże samoloty pasażerskie lecące bezpośrednio z zagranicy. Lotnisko jest też zapasowym portem dla Tel Awiwu. Część wojskowa to głównie infrastruktura bazy szkoleniowej IAF. Mieszczą się tu elementy szkoły oficerskiej, szkoły personelu naziemnego i Centrum Wyszkolenia Zaawansowanego. Ovda jest również miejscem stacjonowania 115. eskadry „Latających Smoków”, będącej eskadrą „Agresorów”. O tej jednostce za chwilę powiemy sobie więcej. Dzień prasowy Po dotarciu do głównej bramy, zostajemy skierowani na przyległy parking. „Czekać! Nie robić zdjęć!” pada z ust sympatycznej pani porucznik. Ech, ale jak tu nie robić zdjęć, kiedy prawie cały personel „na bramie”, to piękne kobiety z bronią, a obok stoi świetnie zachowany Kfir C7? :) No nic, nie wolno, to nie wolno. Na szczęście nie trwa to długo. Po zebraniu się całej grupy (około 70-80 osób), kontroli, sprawdzeniu akredytacji i wydaniu przepustek, wsiadamy do autobusu i ruszamy w głąb bazy. W czasie drogi otrzymujemy kolejny zakaz robienia zdjęć. Co ciekawe chyba nawet wszyscy go przestrzegają. Po krótkiej podróży docieramy do niewielkiego budynku usytuowanego niedaleko pasów startowych i wieży kontroli. Trochę dalej od nas na płaszczyznach postojowych w gorącym powietrzu majaczą nam sylwetki F-16 w charakterystycznym pustynnym kamuflażu. Ech… jeszcze chwilę muszą poczekać. Plan na dzisiejszy dzień jest następujący: najpierw briefingi, później odwiedzimy baterię rakiet Patriot, następnie wizyta na stanowiskach zajmowanych przez uczestników ćwiczeń oraz sesja przy pasie, czyli starty i lądowania uczestniczących w ćwiczeniach samolotów. Po krótkiej przerwie kawowo-śniadaniowej ruszamy do sali odpraw. Tu kolejne obostrzenia: wszystkie telefony trafiają do depozytu, a aparaty do plecaków. Zakaz rejestrowania i robienia zdjęć. Ostatecznie czekają nas trzy prezentacje prowadzone przez przedstawicieli IAF. Pierwsza dotyczy samych ćwiczeń, ich założeń i przebiegu. Druga przybliża nam, jak złożonym zagadnieniem jest kontrola przestrzeni powietrznej nad Izraelem, i wreszcie ostatnia o zabezpieczeniu logistycznym i technicznym przeprowadzanych ćwiczeń. Niebieska Flaga Ćwiczenia pod kryptonimem Blue Flag są międzynarodowymi ćwiczeniami lotniczymi organizowanymi przez Izraelskie Siły Powietrzne. Ich pierwsza edycja odbyła się w 2013 roku. Obok jednostek IAF wzięli w niej udział lotnicy z Grecji, Włoch i USA. Dwa lata później dołączyły do tego grona Polskie Siły Powietrzne. W tym roku „zestaw” powiększył się o lotników z Francji, Niemiec i Indii. Oficjalnie dla trzech ostatnich krajów była to pierwsza formalna wizyta w Izraelu. W przypadku francuskich samolotów to jednak nie do końca prawda…. bo gdyby tak cofnąć się do 1956 roku to… OK, to już zupełnie inna historia :). Wracając do meritum: w tegorocznej edycji ćwiczeń bierze udział ponad 80 samolotów i 1200 osób personelu. Gospodarzy reprezentują eskadry taktyczne latające na F-16 i F-15, pojedynczy transportowy C-130J, powietrzny tankowiec KC-707 oraz samolot kontroli powietrznej i dowodzenia G550. Podczas tej edycji nie zobaczymy jeszcze najnowszego nabytku IAF – wielozadaniowych F-35 Adir. Zapewniono nas jednak, że za dwa lata na pewno te maszyny wezmą już udział w ćwiczeniach. Francuskie Siły Powietrzne obecne są w sile pięciu Mirage 2000D z eskadry 1/3 ‘Navarre’. USAFE reprezentuje osiem F-16CJ z 510. eskadry ‘Buzzards’ z Aviano. Niemieckie EF2000 w liczbie 6 maszyn przyleciały z TakLwG 73 ‘Steinhoff’. Greckie F-16 pochodzą z 355. Eskadry „Tygrysiej”. Włoskie siły powietrzne przysłały cztery Tornado IDS/ECR z 6. Stromo. Polskie Siły Powietrzne reprezentuje komponent w sile sześciu F-16 z 31. i 32. BLT. Indyjskie siły powietrzne reprezentuje C-130J wspierający oddział sił specjalnych, który prowadzi równoległe ćwiczenia z izraelskimi specjalsami. Jednostką prowadząca (leading squadron) w tegorocznej edycji jest 133. eskadra IAF latająca na F-15 Baz. Scenariusz zakłada dynamiczną kampanię powietrzną, której zadania zmieniają się wraz z wynikami zrealizowanych misji. Przy czym ich złożoność i poziom trudności zwiększa się wraz z rozwojem kampanii. Jako cel postawiono zrealizowanie jak najszerszego spektrum operacji powietrznych: od obrony własnego terytorium, poprzez walki powietrzne, wspieranie sił lądowych, zabezpieczanie operacji specjalnych, niszczenie różnego rodzaju celów lądowych, po przełamywanie i niszczenie obrony przeciwlotniczej przeciwnika. Ponadto jako drugi, bardzo ważny cel tegorocznego BlueFlaga, organizatorzy uznali rozwój współpracy pomiędzy ćwiczącymi stronami, wymianę doświadczeń i zwyczajne poznanie się ćwiczących żołnierzy. Głównym teatrem działań są poligony rozlokowane na pustyni Negev. Te bardzo słabo zaludnione obszary dają możliwości szkoleniowe praktycznie niedostępne w Europie. Szczególnie, jeśli chodzi o zastosowanie środków walki elektronicznej oraz loty na małych i bardzo małych wysokościach, na które podczas tych ćwiczeń kładzie się duży nacisk. Codzienne loty odbywają się w dwóch turach i trwają średnio po około 90 minut. Na czas ich trwania cały obszar ćwiczeń jest zamknięty dla ruchu powietrznego. Trzeba w tym miejscu zaznaczyć, że dla potrzeb BlueFlag wyznaczono przestrzeń powietrzną na południe od linii Tel Awiw – Jerozolima, czyli praktycznie połowę całej przestrzeni powietrznej kraju (!). Obszar ten został dodatkowo podzielony na teren „czerwonych” na północy i „niebieskich” na południu. Całość działań w powietrzu nadzorowana jest przez Centrum Kontroli zlokalizowane w Ovda. Latające smoki Podobnie jak w ćwiczeniach Red Flag rolę „przeciwników” podczas realizowanych misji odgrywa specjalna jednostka „Agresorów”. W Izraelskich Siłach Powietrznych zadanie to pełni 115. /czerwona/ eskadra znana też pod nazwą „Latających smoków”. Jest to jednostka nietypowa. Oprócz wykonywanych zadań odtwarzania taktyki sił powietrznych potencjalnych przeciwników, różni się również wyposażeniem i umiejscowieniem w strukturze IAF. Na wyposażeniu „Smoków” pozostają samoloty wielozadaniowe F-16C/D Barak (Błyskawica), śmigłowce szturmowe AH-1 Tzefa (Żmija) oraz różne systemy przeciwlotnicze. Jednostka nie wchodzi w skład sił operacyjnych, jest jednostką szkolną. W zeszłym roku jednostka została przezbrojona ze starszych F-16A/B Netz (Jastrząb). „Nowe” samoloty pozyskano z rozwiązanej 110. eskadry z bazy Ram David. Podczas ćwiczeń Blue Flag „Agresorzy” korzystają również z maszyn pożyczonych od innych jednostek latających na F-16 (109. i 117. eskadry). Ponadto w roli RED AIR wspierani są przez pozostałe ćwiczące jednostki IAF w szczególności przez latającą na F-15 133. eskadrę. Po raz pierwszy w ćwiczeniach Blue Flag bierze udział również bateria rakiet przeciwlotniczych Patriot PAC-3, wydatnie zwiększając poziom trudności działań wykonywanych przez „niebieskich”. „Do boju” Po zakończeniu briefingów i prezentacji, wsiadamy do autobusu i ruszamy w teren. Nasz pierwszy cel to rozlokowana na granicy bazy bateria rakiet przeciwlotniczych Patriot PAC-3. Praktycznie jest to jedna wyrzutnia z pojazdami zabezpieczenia i dowodzenia. Stanowi ona element obrony p-lot rozwinięty na potrzeby ćwiczenia. Po krótkim spotkaniu z personelem i krótkim briefingu ruszamy dalej. Odgłosy pracujących silników odrzutowych oznajmiają nam, że zbliża się czas wylotów. Wizyta na stanowiskach uczestniczących ekip zostaje odwołana i ruszamy w okolice wieży kontroli. W samą porę! Z okien autobusu widzimy już startujące pierwsze samoloty. W powietrze „idą” cztery EF2000. Na drogach kołowania i płaszczyznach postojowych zaczynają się gromadzić następne maszyny. Widać już izraelskie F-15 i F-16. Po dłużącej się, jak wieczność chwili docieramy w okolice wieży. Kiedy wysiadamy z autobusu, starty „idą już na całego”. Jesteśmy na parkingu za wieżą kontroli. Sto metrów na wprost od nas trzy F-16I Sufa (Burza) przechodzą właśnie „last check” przed wyjazdem na drogę kołowania. Wow! Wreszcie tak długo wyczekiwane spotkanie z tymi samolotami „oko w oko”. Za plecami słychać już ryk silników kolejnych startujących maszyn. To w powietrze wznoszą się inne izraelskie F-16. Najgorszy moment lotniczego świra. Musisz wybierać: zostać jeszcze trochę i „porobić” kołowania maszyn, których prawdopodobnie nigdzie indziej już nie zobaczysz, czy biec na starty innych maszyn… których też prawdopodobnie nigdzie indziej już nie zobaczysz. :) OK, jeszcze chwila z F-16I i ruszam na drugą stronę wieży obserwować starty. Dookoła spore zamieszanie. Nie tylko ja mam takie dylematy. Dziewczyny z IAF, które się nami opiekują, muszą mieć z nas spory ubaw. :) Docieram na miejsce, kiedy po pasie śmiga już F-16 w pustynnym kamuflażu. Wow! Co za widok! Sądząc po efektownej uskrzydlonej czaszce wymalowanej na stateczniku pionowym, do swojej misji wyruszyli piloci 101. eskadry. To spadkobiercy najstarszej jednostki bojowej Izraelskich Sił Powietrznych IAF, znanej jako „Pierwsza bojowa”. Powołanej do życia już w kilka dni po proklamowaniu państwowości Izraela w 1948 roku. Stoimy na lekkim wzniesieniu powyżej pasów startowych. Do pierwszego z nich mamy ok. 100 m, a słoneczko za plecami, więc nie jest źle. Problemem jest za to spora termika, ale nikt się chyba nie spodziewał, że na środku pustyni jej nie będzie… :) Żadnych barierek, tasiemek, ograniczników. Po prostu stoimy w linii… i „robimy swoje”. Niestety, jak to często bywa, nie wszyscy pamiętają, że nie są sami i że inni dookoła też chcieliby mieć czysty kadr bez fotografa w centrum. ? Co zrobisz… nic nie zrobisz. Przynajmniej nie ma „malarzy” z drabinkami… OK. Starty trwają dalej. Maszyny „idą w powietrze” z obu pasów i jak się po chwili okazuje również z obu stron. Wiatru praktycznie nie ma, więc nic nie stoi na przeszkodzie. Po „szesnastkach” przychodzi czas na F-15 Baz (Sokół) ze 133. eskadry IAF. Na kilku z nich, pod kabinami, widać oznaczenia zwycięstw powietrznych. Jedna z pierwszych startuje maszyna o numerze taktycznym 809 i nazwie własnej „Pantera”. To na niej 9 czerwca 1982 roku kpt. Melnik zestrzelił rakietą Python-3 syryjskiego MiGa-21. W tej samej walce jego skrzydłowy zniszczył drugiego Fishbeda przy użyciu działka (!). Dzień później na tej samej maszynie inny pilot kpt. Kanaani zestrzelił dwa (również syryjskie) MiGi-23. Zwycięstwa również uzyskano za pomocą rakiet Python-3. To prawdziwa gratka zobaczyć te samoloty na własne oczy, nie w muzeum, ale wciąż operacyjne. Trzeba tu zaznaczyć, że większość tych zwycięstw uzyskano w latach osiemdziesiątych. Tak, tak, to nie pomyłka. Te F-15 w wielu przypadkach mogą być starsze niż nasze poczciwe Su-22. Żeby jednak być uczciwym trzeba dopowiedzieć, że z tamtymi maszynami (z lat osiemdziesiątych) łączy je tylko wygląd zewnętrzny i to też nie zawsze. „W środku” są to już zupełnie inne, w pełni nowoczesne samoloty. Na początku XXI wieku izraelskie F-15 przeszły szereg głębokich modernizacji, dzięki którym cały czas są w pełni wartościowymi i co najważniejsze bardzo niebezpiecznymi maszynami bojowymi. Następne do akcji ruszają F-16I Sufa, 107. eskadry „Pomarańczowych ogonów”, również bardzo zasłużonej w historii IAF jednostki. Po gospodarzach, do swoich zadań startują uczestnicy zagraniczni. Najpierw włoskie Tornada, później amerykańskie, greckie i polskie F-16. Niestety nasze i helleńskie „szesnastki” startują z odległego drugiego końca pasa, co daje nam małe szanse na uchwycenie ciekawych kadrów. Start naszych „Jastrzębi” wywołuje jednak duże zainteresowanie, ponieważ w jedną z maszyn jest „Tygrysi” 4056 z 31. BLT. Z tej samej strony startują kolejne F-15 i F-16. Czarne smoki wymalowane na statecznikach F-16 oznaczają, że tym razem do akcji wyruszają „Agresorzy” ze 115. eskadry. Po nich startują cztery francuskie Mirage 2000D. Francuzi, jak zwykle starują bardzo efektownie, „ciągnąc” dłuuugo tuż nad pasem, by pod koniec ostro wyrwać prawie pionowo w górę. Na tym kończą się starty i powoli również nasza wizyta. Czekamy jeszcze na pierwsze lądowania. Niestety nie zobaczyliśmy indyjskiego C-130J. Jak się dowiedzieliśmy później, kontyngent indyjski, składający się z wydzielonego komponentu sił specjalnych wspieranego przez pojedynczego C-130J, na tym etapie ćwiczeń stacjonuje w bazie Navatim. Indyjscy komandosi Gwardii Sił Powietrznych ćwiczą oddzielnie wraz ze „specjalsami” z jednostki 669 IAF wspieranymi przez samoloty C-130 i śmigłowce UH-60. Do ćwiczeń Blue Flag dołączą w drugim tygodniu. Po krótkiej przerwie nad lotniskiem pojawia się formacja czterech EF2000, które po efektownym rozejściu podchodzą do lądowania. Rozpoczyna się ostatnia część programu naszej wizyty. Po samolotach niemieckich swoje lądowania rozpoczynają F-15 IAF. Maszyny lądują równolegle na obu pasach, co daje szansę na uchwycenie ciekawych kadrów. Kiedy nad lotnisko zaczyna wracać coraz więcej samolotów… organizatorzy zarządzają zakończenie dnia prasowego i powrót do autobusów (!). Jak nietrudno się domyślić, zapędzenie nakręconej zgrai lotniczych świrów do autobusów w takiej chwili nie jest łatwym zadaniem. Niemniej jednak ostatnią część lądowań musimy niestety „robić” już z autobusu. Kiedy udaje się wreszcie skutecznie policzyć i potwierdzić, że nikt się nie zagubił, ruszamy w drogę powrotną w kierunku głównej bramy. Na szczęście do tego momentu kończą się również prawie wszystkie lądowania. Po pożegnaniu z naszymi opiekunkami i krótkiej sesji zdjęciowej przy stojącym przed wjazdem do bazy Kfirze, wsiadamy do samochodów i ruszamy na druga stronę lotniska, aby spróbować swojego szczęścia w czasie drugiej tury wylotów, ale już zza płotu. Niestety tego dnia udaje nam się już tylko „złapać” jednego transportowego C-130 i samolot walki elektronicznej G550. Będziemy próbować jeszcze jutro rano przed wyruszeniem do bazy w Hatzerim… ale to już inna histora. ;) Podsumowując, wizyta w bazie Ovda była wyjątkowym doświadczeniem w naszym foto-lotniczym życiu. Izraelskie Siły Powietrzne bardzo niechętnie pokazują swoje samoloty, o bazach lotniczych już nie wspominając. Szczególnie dotyczy to fotografów zagranicznych. Możliwość zobaczenia maszyn izraelskich w ich „naturalnym otoczeniu” jest czymś naprawdę szczególnym. Nie była to długa wizyta, chciałoby się oczywiście więcej. Można ją było też trochę lepiej przeprowadzić, ale z drugiej strony trzeba pamiętać, że to był praktycznie „ich pierwszy raz” ;) więc też nie ma co narzekać. Mamy szczerą nadzieję „że ten pierwszy raz” nie będzie ostatnim i że za dwa lata ponownie spotkamy się w gościnnych progach Ovda Air Base. Przemek "Youzi" Szynkora

AVIATION NATION 2017 (USA, KLSV)

W dniach 11-12 listopada b.r. w amerykańskiej bazie Nellis, położonej nieopodal Las Vegas, odbywały się pokazy Aviation Nation 2017 Air and Space Expo. W tym roku dodatkowo połączone z obchodami 70. rocznicy USAF, a że jest to również baza zespołu Thunderbirds na nudę nie można było narzekać. W ramach obcho­dów  zade­mon­stro­wano moż­li­wo­ści bojowe US Air Force oraz przeprowa­dzono paradę histo­ryczną. Każdy z tych ele­men­tów był nie­zwy­kle inte­re­su­jący, emocjonujący i pozo­sta­wił nie­za­po­mniane wrażenia.Takiego zakończenia sezonu pokazowego życzymy każdemu lotniczemu świrowi… Tomasz "deoc" Szczech

UPALNE JACKSONVILLE (USA, KJAX)

W dniach 4-5 listopada 2017 r., w amerykańskiej bazie sił powietrznych w Jacksonville, odbyły się pokazy lotnicze, których główną atrakcją nie mógł być kto inny niż osławiony zespół akrobacyjny Blue Angels. Zawsze marzyłem aby go zobaczyć. Jak widać marzenia czasami się spełniają i w końcu udało się. Oczywiście pokazy to nie tylko ich występ, zaprezentowali się również Randy Ball na swoim Migu-17, który szalał nad naszymi głowami, F-22 Raptor Demo Team oraz wielu innych wykonawców. Jednak na długo zostaną mi w pamięci Blue Angels, a przede wszystkim cała ceremonia przygotowania zespołu do występu. Perfekcja w każdym calu, uczta dla oka i oczywiście obiektywu, choć pogoda nie była łaskawa fotograficznie przez straszną termikę. Na nudę na pewno nie można było narzekać, bo wrażenia były niesamowite tak lotniczo jak i obserwacją ludzi, którzy kochają tam lotnictwo . Niestety taka gratka dla lotniczego świra nie zdarza się co sezon i nie wiadomo czy się powtórzy, oby tak, czego sobie i reszcie pozytywnie zakręconych lotnictwem życzę. Zbigniew "zibi" Hojka

SPOTKANIA Z HISTORIĄ NA WYSPACH (Wielka Brytania, LHB)

Nasze 24 godziny przygody z angielską historią lotnictwa zaczęliśmy w piątek 3 listopada 2017 r. udając się do Lincolnshire Aviation Heritage Centre w East Kirkby. Ciemna noc, daleka droga i tylko jeden samolot. Co nas przekonało do takiej wyprawy? Właśnie ten jeden, ale szczególny samolot – bombowiec Avro Lancaster „Just Jane”. Niespotykana okazja do uchwycenia z bardzo bliska i w wyjątkowych okolicznościach tą legendarną maszynę z czasów II wojny światowej. Ten wyjątkowy wieczór został specjalnie zorganizowany dla fotografów lotniczych. Przez ponad pięć godzin mogliśmy bez skrępowania fotografować Lancastera w różnych sytuacjach. Organizatorzy zadbali o prawie każdy szczegół: światła, maszyny do wytwarzania dymu, aktorzy przebrani w mundury z czasów wojny i wiele innych. Dużym zaskoczeniem było przylot specjalnego śmigłowca ratunkowego (oczywiście po służbie), który swoimi reflektorami z góry oświetlił stojącego statycznie Lancastera. Dało to możliwość zrobienia dość niespotykanego nocnego zdjęcia z idealnie oświetlonym od góry bombowcem. Oczywiście najważniejszą i najbardziej oczekiwaną częścią było odpalenie wszystkich czterech silników Merlin. Ten dźwięk i ogień z silników sprawiają, że naprawdę można się zakochać w tym wspaniałym samolocie. I tak zakończyliśmy pierwszą cześć naszej wyprawy. Jak się dowiedzieliśmy od organizatorów,  w kwietniu ma się odbyć następna edycja tej imprezy. Naprawdę wszystkim serdecznie polecamy te szczególne wydarzenie. Dzień chyli się ku końcowi. Ostatnie promienie zachodzącego słońca oświetlają pusty pas startowy… Nagle ostry dźwięk syreny oznajmia zagrożenie brytyjskiej strefy powietrznej i w ciągu kilku sekund piloci biegną w kierunku gotowych do startu dwóch samolotów English Electric Lightning. Mija zaledwie kilka minut i nasze uszy wypełnia ryk silników Rolls-Royce Avon i dwie maszyny mkną po pasie startowym na pełnych dopalaczach, gotowe stawić czoła potencjalnemu zagrożeniu z powietrza! Czy to Sowieckie Tu-22, może Tu-95? Na szczęście to tylko część programu przygotowanego przez Lightning Preservation Group. W sobotni wieczór, postanowiliśmy wziąć udział w wydarzeniu zwanym Twilight Run. Co roku grupa entuzjastów zwana Lightning Preservation Group (LPG), organizuje pokaz tak zwanego QRA (Quick Reaction Alert) z czasów Zimnej Wojny. LPG ma swoją kolekcję trzech samolotów English Electric Lightning F.MK6 w hangarze lotniska Bruntingthorpe w hrabstwie Leicestershire w Anglii. Samoloty te, w okresie Zimnej Wojny, były podstawowymi myśliwcami RAF’u używanymi do przechwytywania potencjalnych wrogów mogących zagrozić brytyjskiej strefie powietrznej. Napęd z dwóch silników Rolls-Royce Avon Mk.301 pozwalał Lightningom na przekroczenie prędkości mach 2, co umożliwiało im szybki przechwyt nowo opracowanych, ponaddźwiękowych sowieckich bombowców Tu-22, gdyby zaszła taka potrzeba. Podczas pokazu, piloci odpalają silniki samolotów i na dopalaczach przejeżdżają z zawrotną prędkością dosłownie kilka metrów przed nami, by po chwili powrócić i statycznie zademonstrować moc obu silników. Po zakończeniu tego spektaklu mamy szansę na sfotografowanie tych pięknych maszyn w hangarze, bądź przed nim. Jeżeli angielska pogoda dopisuje to wydarzenie to może być naprawdę spektakularne, a na przegapienie czegoś tak wyjątkowego jako członkowie Air-Action nie możemy sobie pozwolić! Piotr "Piotrek" Szydło Marek "Maras" Gembka

ŚWIDWIŃSKA JESIEŃ (Polska, EPSN)

Korzystając z uroków jesieni postanowiliśmy odwiedzić 21. Bazę Lotnictwa Taktycznego w Świdwinie. 18.10.2017 r. miały odbywać się loty na poligon w Nadarzycach, więc kiedy pojawiła się ta informacja grupa fotografów SPFL  przybyła z najodleglejszych zakątków Polski na świdwińskie lotnisko. Uzbrojona w dobre humory oraz sprzęt i po wypełnieniu wszystkich procedur związanych z wejściem na teren bazy, udaliśmy się w okolice pasa startowego w oczekiwaniu na pierwsze loty, które lada moment miały się rozpocząć. W pierwszej części dnia w niebo wzbijali się młodzi oficerowie pod czujnym okiem instruktorów, by podczas powrotu na lotnisko ćwiczyć manewr "touch & go". Najbardziej eksploatowaną maszyną tego dnia był świdwiński tygrys (Su-22 o numerze taktycznym 707). W późniejszych godzinach popołudniowych pojawiła się tzw.  "truskawka na torcie",  a w sumie dwie, czyli startowały w odstępie dwa Su-22 uzbrojone w ciężkie bomby. Za sterami tych śmiercionośnych, pięknych maszyn zasiedli  dowódca 1. Skrzydła Lotnictwa Taktycznego płk Ireneusz Starzyński oraz ppłk Roman Stefaniak.
Marek "dulmen" Dulewicz

ALPY! TU SIĘ ODDYCHA! (Szwajcaria, LSAX)

aaa Alpy! Tu się oddycha! - ten cytat z jednej z najlepszych polskich komedii doskonale wpisuje się w atmosferę tegorocznego festiwalu Szwajcarskich Sił Powietrznych w Axalp. Dlaczego? Bo w tym roku pogoda była wręcz idealna! W tym miejscu chciałbym przypomnieć, że ubiegłoroczna edycja pokazów nie doszła do skutku ze względu na ogłoszoną żałobę w siłach powietrznych Szwajcarii, a dodatkowo pogoda nas nie rozpieszczała, co oczywiście i tak nie miało wpływu na obecność w bazie w Meiringen. Ale do Axalp jedzie się po to, aby podziwiać kunszt pilotażu Helwetów w jakże trudnym środowisku szwajcarskich Alp. I w tym roku się to udało! Przygotowania do samego wyjazdu trwają z reguły od wczesnej wiosny. Trzeba zarezerwować nocleg, zebrać skład z którym będziemy pomieszkiwać przez tydzień, uzgodnić najdrobniejsze szczegóły, zaplanować trasę przejazdu i ekipę, która z nami pojedzie, w końcu przygotować się na wędrówkę po górach, wyposażyć w odpowiedni sprzęt, aby być w miarę bezpiecznym. Pokazy w Axalp to jeden dzień treningów i dwa pokazów (w tym roku w poniedziałek treningu nie było i wszyscy, którzy doświadczeniem lat poprzednich wybrali się w górę podziwiali głównie nisko zawieszone chmury do momentu aż jeden pilot horneta się zlitował i przeleciał nad nimi wypuszczając flary). Trening odbywa się we wtorek i tak naprawdę, niczym nie różni się od samych pokazów! Dla fotolotniczych świrów to idealna okazja na wyszukanie odpowiedniej scenerii do zrobienia zdjęć hornetom i tigerom. Można przebierać w miejscówkach, do których należą m.in. Brau, Tschingel, KP oraz Wildgarst. I w tym miejscu ogromny szacunek dla znajomych, którzy wybrali się na ten ostatni szczyt. O ile na trzy pierwsze trzeba maszerować około 2 godzin, to na Wildgarst ten czas wydłuża się do siedmiu! A zatem, aby zdążyć na pierwszą turę treningową, która zaczyna się o godzinie 9:00, na Wildgarst trzeba wyruszyć w okolicach godziny 2:00 w nocy! I jak w przypadku naszych kolegów, którzy zaplanowali nocleg na szczycie góry zabrać ze sobą sprzęt ważący ponad 20 kg na łebka! Irek,Tomasz – chapeau bas Panowie! Wróćmy jednak do samych pokazów. Wszystko zaczyna się od rotacyjnych przylotów śmigłowców transportowych super puma vel cougar, które zwożą żołnierzy armii szwajcarskiej zapewniającej bezpieczeństwo w trakcie pokazów. Nie można bowiem zapominać, że samoloty biorące udział w tych pokazach strzelają ostrą amunicją do celów naziemnych, a w takich warunkach nie trudno o wypadek. Śmigłowce przylatywały i odlatywały co kilka minut, miało się wrażenie, że panuje tu ruch jak w pasiece. Ostatniego sprawdzającego poligon oblotu dokonuje załoga Eurocoptera EC635... I już wiemy, że za moment zacznie się show! I już są! Na horyzoncie pojawia się para hornetów. Wszyscy wycelowują swoje aparaty w ich stronę. Lecą lekko powyżej linii alpejskich szczytów, kiedy nagle niebo poniżej nas w dolinie, zaczyna się rozświetlać! Dopiero teraz dociera do nas, że to druga para osiemnastek, które dosłownie zasypały parów flarami! Nadleciały doliną, w której mało kto je dostrzegł. Ja, będąc na KP po raz pierwszy, także skupiłem swoją uwagę na parze F/A-18 lecących na wyższym pułapie i kiedy zrobiło mi się jasno przed oczami wiedziałem, że padłem ofiarą zabawy szwajcarskich pilotów. No nic, pomyślałem, mamy jeszcze możliwość poprawy ujęcia w kolejnych dniach. Pierwszeństwo w strzelaniu do celów rozmieszczonych na zboczach gór mają piloci hornetów. Ciasne zakręty często wykonywane na dopalaczu, ogromne prędkości, niezwykły odgłos serii z działek i trafienia pocisków w cel robią niesłychane wrażenie na zgromadzonych obserwatorach. Odrzutowce przelatują nisko nad nami, strzelają krótkimi seriami, które trafiają w cel, a piloci ściągają na siebie drążki, aby wznieść się nad szczyt atakowanego celu. Po czym odwracając samolot na grzbiet schodzą w dolinę. Niesamowity widok! Niesamowite doświadczenie! Po hornetach przyszedł czas na mniejsze myśliwce, a mianowicie samoloty F-5 Tiger. To już leciwa konstrukcja, ale wierzcie mi, robiąca wrażenie. Scenariusz ćwiczeń bardzo podobny do tego, który realizowany był przez pilotów F/A-18, czyli atakowanie celów naziemnych rozlokowanych na zboczach gór. 4 cele, rozmieszczone na 4 różnych zboczach i atakowane kolejno przez 4 tigery. Po wystrzelaniu całego zapasu amunicji myśliwce formują się w czwórkę i robią wspólny przelot ku uciesze widzów. Chwila wytchnienia... i znów zaskoczenie ! Doliną nadlatuje Pilatus PC-21 w pięknym czerwonym malowaniu! Samolot pięknie kontrastuje na tle gór i zachwyca swoją zwrotnością. Kolejnym punktem programu jest występ super pumy. To śmigłowiec transportowy, sporych gabarytów. Ale w rękach Helwetów zachowuje się jak ważka przecząca prawom fizyki! Odważne manewry, wykonywane w niewielkiej odległości od zbocza góry, ustawianie śmigłowca niemal pionowo, czy bliski przelot obok wieży kontroli lotów powodują szybsze bicie serca nie tylko u mnie. Głównym punktem programu super pumy, na który czekaliśmy jest wystrzelenie 128 flar - ależ widok! Po solowym pokazie cougara Szwajcarzy zaprezentowali użycie tych śmigłowców w symulowanej akcji gaszenia pożaru za pomocą wody transportowanej w zbiornikach podwieszonych pod kadłubem. Następnym, niejako naturalnym punktem programu był pokaz ratownictwa SAR. Szwajcarzy wykorzystują do tego typu zadań mniejsze śmigłowce a mianowicie EC635. Pokaz przedstawiał opuszczenie ratownika z helikoptera i przygotowanie poszkodowanego do podjęcia na podkład śmigłowca i w konsekwencji bezpieczny transport do placówki medycznej. I żeby nie było zbyt spokojnie, chwilkę później przylatuje solista na F/A-18! Pojawia się jakby znikąd w locie poziomym, aby w pewnym momencie wystrzelić pionowo w górę! Od tej chwili można podziwiać niezwykłą manewrowość osiemnastki dosiadanej przez doświadczonego pilota ;) Ciasne zakręty, dynamika, dopalacz i festiwal flar! To się musi podobać! I genialny high pass, wykonywany przy prędkości prawie 1 Macha! Na zdjęciach już widać załamania powietrza przy płatowcu, publika uśmiechnięta – wszak po to tu przyszli! Na zakończenie pokazów kulminacja – występ zespołu akrobacyjnego Patrouille Suisse. Niejeden z nas miał okazję podziwiać ich podniebne show na innych pokazach, ale w alpejskiej scenerii, niejako u siebie w domu, ten pokaz ma zupełnie inny klimat. Czerwone F-5, z charakterystycznym białym krzyżem na spodzie kadłuba pięknie kontrastują z ośnieżonymi szczytami Alp, czy też przy przelocie malowaną pastelami jesieni doliną... Podsumowując, kto nie był w Axalp, musi tam być. Przynajmniej raz w życiu tego doświadczyć, ponieważ takich pokazów, w tak cudownej scenerii, wymagających także sporego samozaparcia aby wdrapać się na KP czy Tschingla, nie można zaznać gdzie indziej. I wierzcie mi, że trudy wspinaczki okupione niejednokrotnie kontuzjami, wyczerpaniem czy zwykłymi odciskami, zostają wynagrodzone tymi pięknymi pokazami pośród szczytów szwajcarskich Alp. I pamiętajcie, tak naprawdę to są całe 3 dni tych pokazów. A w poniedziałek czy też w piątek, kiedy nie odbywają się ani pokazy ani treningi, warto odwiedzić bazę w Meiringen, w której stacjonują F/A-18 Hornet. To zupełnie inne lotnisko i zupełnie inna atmosfera niż ta, którą zapewne znacie chociażby z naszych lotnisk. Ale to już temat na zupełnie inną opowieść. Tadeusz "Hornet" Popardowski

DUXFORD BATTLE OF BRITAIN AIR SHOW (Wielka Brytania, EGSU)

Jak przystało na maniaka samolotów z II wojny światowej, od kilku lat jeżdżę na Flying Legends Air Show w Duxford (dla niezorientowanych – Duxford – miejscowość w Anglii). Kultowa impreza, niezapomniana atmosfera oraz dziesiątki warbirdów do obejrzenia i sfotografowania tak w powietrzu jak i na ziemi. W tym roku miało być inaczej. Zamiast lecieć na Flying Legends w lipcu, zaplanowałem wyjazd na Battle of Britain Air Show we wrześniu, oczywiście również w Duxford. Ostatecznie w lipcu też byłem w Duxford, ale to już zupełnie inna historia.
Battle of Britain Air Show była dwudniową imprezą, organizacyjnie bardzo podobną do „Flying Legends”. Program imprezy był identyczny dla obydwu dni. Około godziny 8 otwarcie bramek. Pierwszego dnia dojechaliśmy dopiero po 10, ale jeszcze udało się znaleźć w miarę dobre stanowisko. Za to drugiego dnia mieliśmy już okazję uczestniczyć w tradycyjnym porannym wyścigu do najlepszych miejscówek. Jak już oznaczyliśmy zdobyty teren krzesełkami, to można było spokojnie zacząć zwiedzać hangary Imperial War Museum (a jest co zwiedzać). Oczywiście pobuszowaliśmy też wśród niezliczonych stoisk z ubraniami, zegarkami, obrazami i innymi zupełnie niepotrzebnymi rzeczami z lotniczym charakterem. Przezornie nie brałem za dużo gotówki, a na szczęście nie wszędzie jeszcze da się płacić kartą. O 10 otwierają Flight Line Walk, gdzie za dodatkową opłatą można pospacerować wśród samolotów, które wezmą udział w pokazach. Moc naziemnych atrakcji sprawia, że nawet się nie zorientujesz jak zrobi się godzina 13, o której zaczynają się pokazy.
A jak przebiegają pokazy w locie?
To tak w skrócie…
Pierwszy punkt programu, to występ RAF Falcons Team – spadochronowego zespołu pokazowego Królewskich Sił Powietrznych. Zanim jednak spadochroniarze pojawią się na niebie, z lotniska podrywa się 6 Hurricane’ów… Wkrótce wysoko na niebie pojawia się samolot ze skoczkami na pokładzie i po chwili 9 niebiesko-biało-czerwonych czasz z napisem „RAF” rozpoczyna powietrzny balet. Nie jest to typowy pokaz spadochronowy, gdzie każdy leci w swoją stronę, ale odpowiednio zaplanowany układ kliku wspólnych manewrów, dodatkowo wzbogacony świecami dymnymi. Wygląda to całkiem efektownie. Gdy spadochroniarze dostają zasłużone brawa, nad lotniskiem pojawia się wspomniana wcześniej szóstka Hurricane’ow. Jak by nie patrzeć, jest to historyczna chwila, bo po raz pierwszy od czasów II wojny światowej we wspólnej formacji leci 6 samolotów tego typu. Samoloty po kilku defiladowych przelotach  przechodzą do „tail chase”, czyli czegoś w rodzaju powietrznej gonitwy, w której samoloty ustawiają się gęsiego i każdy „goni” swojego poprzednika . W tym czasie komentator nawiązuje do wydarzeń z września 1940 roku, gdy z Duxford do obrony Londynu startowały dywizjony wyposażone w Hurricane’y, w tym nasz 302 oraz czeski 310. Samoloty kolejno lądują po czym kołują na stojanki. W Duxford linia publiczności ustawiona jest wzdłuż drogi kołowania, więc kołujące samoloty mamy „na wyciągnięcie ręki”. To też duży plus tego miejsca.
Pokazy trwają nieprzerwanie przez około 4 godzin. Kolejne samoloty startują jeszcze w trakcie występu poprzedników. Podobnie z lądowaniami. Nie ma czasu na nudę. Nie będę tu opisywał każdego pokazu. Wymienię tylko co jeszcze latało i skupię się na tym, co mi najbardziej wryło się w pamięć. No to po kolei. Z Coningsby przyleciał Lancaster w eskorcie Hurricane’a i Spitfire’a z Battle of Britain Memorial Flight (BBMF). Nie lądowali i po pokazie wrócili do swojej bazy. Po nich w powietrzu mogliśmy zobaczyć grypę Tiger 9 latającą na 9 dwupłatowych Tiger Moth’ach, samotnego P40C, Buchona i dwa Jaki-3, latającą na replikach samolotów z I wojny światowej grupę Great War Display Team, dwa przedwojenne myśliwce Hawkera – Nimroda i Fury’ego, Blenheima z Gladiatorem i Lysanderem, Miga-15 UTI i dwa de Havilland Vampire z Norwegian Air Force Historical Squadron, Seafire’ a z Corsairem, Bearcata z Sea Furym, Catalinę z Wildcatem, dwie Dakoty w „inwazyjnym” malowaniu, B-17 „Sally B”, dwa Mustangi i w sumie jeszcze 15 Spitfire’ów. Podobnie jak podczas Flying Legends pokazy kończył grupowy przelot samolotów. Tutaj jednak mieliśmy nie jedną, a dwie duże formacje. Zaczynały Spifire’y. Najpierw wystartował Mk. XIV, który jako „Joker” „zabawiał publiczność” akrobacjami gdy kolejne 12 Spitów (w tym Seafire wspomniany wcześniej) formowało szyk. Spitfire’y pogrupowane w trzysamolotowe klucze wykonały najpierw przelot w układzie: prowadząca trójka, dwie kolejne po bokach i czwarta z tyłu. Do tej ostatniej trójki dołączył Joker po pierwszym przelocie formacji, po czym samoloty przegrupowały się do układu kluczy jeden za drugim. Kolejny przelot, a po nim Spitfire’y, dzielą się na dwa ugrupowania po 6 i 7 samolotów. Rozpoczyna się gonitwa 13 samolotów. 6 Spitów lata po południowej stronie lotniska, 7 po północnej. Co jakiś czas samoloty z obydwu grup spotykają się nad lotniskiem podczas niskiego przelotu. Pozornie wygląda to na jeden wielki chaos, ale jak się na spokojnie przyjrzymy, to widać że piloci zachowują właściwe separacje, a obydwa ugrupowania nie przekraczają osi pasa startowego, nie przecinając sobie tym samy drogi. Wymogi bezpieczeństwa są zachowane. Gdy Spitfire’y jeszcze latają, z lotniska podrywa się kolejna trójka samolotów tego typu, 5 Hurricane’ów, Blenheim i Gladiator. Wkrótce samoloty tworzą formację prowadzoną przez Blenheima w obstawie trójki Spitfire’ów Mk I, za nimi leci 5 Hurricane’ów w dwóch kluczach po 3 i 2 samoloty i na końcu samotny Gladiator. Gdy formacje przelatują nad lotniskiem w głośnikach odtwarzana jest przemowa Churchila z pamiętnym „Never in the field of human conflict was so much owed by so many to so few”.
Tak to mniej więcej wyglądało. Jak już pisałem obydwa dni mają identyczny program, co jednak nie znaczy, że było tak samo. Pierwszego dnia, podczas dołączania do B-17 „otarły się o siebie” dwa Mustangi. Było to daleko i nie znam szczegółów. Samoloty były w zakręcie po zachodniej stronie lotniska i widziałem jak w pewnym momencie jeden z Mustangów wyraźnie obniża lot i nie leci już za bombowcem. Drugi dołączył do „Sally B”, gdy ta zbliżała się do lotniska, ale w pewnym momencie skręcił i odleciał na zachód. Wyglądało to jakby poleciał na poszukiwanie kolegi. Wiedziałem, że coś jest nie tak. Po chwili, od zachodu, bardzo nisko nad polami nadleciał Mustang „Miss Helen” i wylądował z prostej, z wiatrem. Drugi wszedł w krąg i również wylądował. Wszystko skończyło się szczęśliwie, ale następnego dnia Mustangi nie pojawiły się nawet na statyce. Z powodu problemów technicznych każdego dnia z końcowego pokazu wypadał również jeden z Hurricane’ów i stąd właśnie „tylko” piątka tych samolotów pojawiała się na popołudniowym niebie. Z kolei w drugim dniu z powodu silnego bocznego wiatru nie oglądaliśmy również w locie dwupłatowców Hawkera, Lysandera i Gladiatora. Ostatecznie Gladiator wystartował do końcowego przelotu w formacji, ale start wykonany był prawie w poprzek lotniska. W niedzielę nie przyleciał też Spitfire z BBMF. Wszystkie te problemy nie miały jednak praktycznie żadnego wpływu na przebieg i atrakcyjność pokazów i podejrzewam, że większość widzów nawet nie zwróciła na nie uwagi.
Podsumowując, impreza bardzo udana. Jeżeli kolejne edycje też tak będą przebiegały, to warto się zastanowić, czy na stałe nie umieścić ich w planie imprez na kolejne lata.
Lucjan „Acroluc” Fizia

NATO DAYS OSTRAVA 2017 (Czechy, LKMT)

"Dni NATO na bogato " To była moja siódma wyprawa na Dni NATO w morawskiej Ostrawie. Jako, że prognozy na dni pokazowe, tj. sobotę i niedzielę wyglądały kiepsko postanowiłem przechytrzyć aurę i pojawić się wcześniej, na czwartkowych i piątkowych treningach. Jak się później okazało był to strzał w dziesiątkę. Dodatkowo zaplanowałem zostać na poniedziałkowe odloty, gdzie główną motywacją było uchwycenie w locie gości z USA: B-52 oraz B-1B. Dzień pierwszy (czwartek) Z domu wyjechałem około godziny piątej rano, tak aby w okolicach lotniska w Mosnovie pojawić się koło godziny dziewiątej, kiedy to planowany był przylot francuskiego zespołu Couteau Delta. Następcy słynnego Ramex Delta byli dla mnie gwiazdą numer jeden całych pokazów i nie zamierzałem tracić żadnej okazji do ich fotografowania. Przylot nastąpił z ponadgodzinnym opóźnieniem, ale czekać było warto - przed lądowaniem trójka Mirage 2000D zrobiła kilka efektownych niskich przelotów nad lotniskiem zanim wylądowała. Powoli zlatywali się pozostali uczestnicy pokazów, w tym słowackie MiGi-29, holenderskie F-16 czy F-18 Hornet z dalekiej Kanady. Najistotniejszymi punktami czwartkowego programu były dla mnie treningi, w tym wspomnianego już Couteau Delta oraz słowackiego MiGa-29. Trening MiGa nie zawiódł oczekiwań, dodatkową i nieoczekiwaną atrakcją było wystrzelenie flar, co na treningach zdarza się dość rzadko. Po południu pogoda zaczęła się psuć, od zachodu nadciągał front deszczowy i właśnie w takich przejściowych warunkach, połowa nieboskłonu w słońcu a połowa pogrążona w ciemnych chmurach, rozpoczął się trening pary Mirage 2000. Wspaniałe światełko oraz mistrzostwo francuskich pilotów złożyło się na niesamowite wrażenia i nie mniej efektowne fotografie. Tego dnia odbyły się jeszcze treningi zespołu akrobacyjnego Saudi Hawks, ale że nie jestem wielkim fanem takich zespołów to i wielkich uniesień nie doświadczyłem. Ot takie słabsze Red Arrows pomalowane na zielono. Niewiele większe emocje wzbudził u mnie trening czeskiego Gripena - owszem było głośno, były dopalacze… ale ten samolot jakoś nie porywa. Dzień drugi (piątek) Głównymi aktorami piątkowych treningów były niewątpliwie dwa EF-2000 - austriacki i włoski. O ile według mnie występ Austriaka nie zachwycił, o tyle włoski pilot wycisnął ostatnie soki ze swojego Eurofightera. Szczególnych emocji dostarczył wykonując niskie i ciasne przeloty nad słynnym polem "buraków". Informacyjnie: pole, to obszar położony w bezpośrednim sąsiedztwie osi pokazów, która w czasie Dni NATO jest wyznaczona nietypowo - prostopadle do osi pasa startowego. Zalety fotografowania z pola są dwie: samoloty latają naprawdę blisko, a przez większą część dnia słońce jest za plecami. Z kronikarskiego obowiązku wspomnę, że w ciągu dnia pogoda się pogarszała, tak aby pod koniec osiągnąć pełne zachmurzenie. Zwiastowało to słabe warunki atmosferyczne na sobotę. Dzień trzeci (sobota) Niestety, zgodnie z prognozami sobotni ranek przywitał nas opadami deszczu. Opady wkrótce ustały, ale pełne zachmurzenie utrzymało się cały dzień. Brak słońca to zło, ale duża ilość wilgoci w powietrzu to dobro. Powstają wtedy idealne warunki dla kondensacji pary wodnej na płatowcach. I tak też było tym razem... Program rozpoczął pokaz austriackiego EF-2000. Mimo że występ nie należał do bardzo agresywnych, tzw. oderwania wzbudziły zachwyt licznie zgromadzonej widowni. Jak to jest już w zwyczaju tych pokazów, około godziny jedenastej nastąpił tzw. przelot Sił Powietrznych Republiki Czeskiej. Dla większości widowni to świetny moment żeby coś przekąsić lub ugasić pragnienie. W tym roku tzw. państwem partnerskim Dni NATO była Słowacja i to właśnie z tej okazji MiG-29 wraz z rządowym A-319 wykonały wspólny niski przelot nad pasem startowym zakończony efektownym odejściem MiGa. To się mogło podobać. W dalszej części pochmurnej soboty mogliśmy podziwiać akrobacje włoskiego EF-2000. Pilotowany przez kapitana Gabriele Orlandi myśliwiec ze względu na niską podstawę chmur wykonywał niski wariant swojego pokazu. W niczym to nie zmniejszyło jego atrakcyjności, Włoch kręcił akrobacje bardzo ciasno i nisko, prawie cały czas na dopalaczu. Efektem tego była masa oderwań na samolocie i nie mniejsza ilość udanych zdjęć z tego lotu. Niestety, był to ostatni pokaz tego pilota, który dane mi było oglądać. Tydzień po pokazach w Ostrawie podczas lokalnego show we włoskiej Terracinie pilotowany przez niego Eurofighter uderzył w powierzchnię morza, pilot zginął... R.I.P. Wracając do Dni NATO - gwoździem programu, na który wszyscy czekali, miał być występ pary francuskich Mirage 2000 znanych również jako Couteau Delta. I faktycznie, po południu w okolicach godziny piętnastej na pas wytoczyły się francuskie myśliwce. Szybki agresywny start na dopalaczu... i po chwili jeden z Mirage podchodzi do lądowania. Przyziemienie odbyło się w asyście lotniskowej straży pożarnej, niestety awaria zgłoszona przez pilota już podczas startu uniemożliwiła dalszy lot. Po chwili siada drugi z pary samolotów, a nasze miny rzedną... a miało być tak pięknie. Warunki pogodowe przez cały czas pogarszały się, właśnie dlatego pokaz zespołu Saudi Hawks został odwołany - ich minima zostały przekroczone. W międzyczasie dochodzi do dość przykrego incydentu na naszym ukochanym polu, mianowicie czeska policja przesuwa licznie zgromadzonych tam widzów na sąsiednie pole. Fotograficznie niewiele to zmienia, ale jest złym prognostykiem przed przyszłoroczną edycją. Argumentacja organizatorów była ponoć taka, że to ze względu na niską podstawę chmur samoloty musiały latać niżej, a przez to na polu było niebezpieczniej. I tak właściwie dobiegł końca pierwszy dzień pokazowy. Oczywiście były jeszcze pokazy jakiś helikopterów czy samolotów śmigłowych, ale nic co by rzucało na kolana. Dzień czwarty (niedziela) Prognozy na niedzielę były najgorsze, miało po prostu padać cały dzień... i niestety tak było. Biorąc to pod uwagę postanowiłem po raz pierwszy od niepamiętnych czasów odwiedzić wystawę statyczna na płycie lotniska imienia Leoša Janáčka. Organizatorzy trafnie odczytali mój zamiar i z samego ranka poinformowali, że pokazy dynamiczne wszystkich szybkich samolotów zostały odwołane, latać miały praktycznie tylko śmigłowce. Ta dość wyjątkowa sytuacja, podczas moich wizyt na tej imprezie miała miejsce po raz pierwszy. Na tzw. statyce obfotografowałem wielką trójkę zza oceanu, tj. bombowce strategiczne B-1B i B-52 oraz tankowiec KC-135. Odwiedziłem też część wystawy, na której stały myśliwce i śmigłowce, w tym nasz MiG-29 z 23 Bazy Lotnictwa Taktycznego. Po zrobieniu obowiązkowych zdjęć każdemu statkowi powietrznemu i skrupulatnym zanotowaniu jego numerów rejestracyjnych uznałem, że nic tu po mnie i opuściłem teren pokazów. Dzień piaty (poniedziałek) Odloty uczestników miały osłodzić gorycz po kiepskim weekendzie. W odróżnieniu od deszczowej niedzieli poniedziałek przywitał słoneczkiem i niebieskim niebem, nawet czasami zbyt niebieskim. Same odloty wyglądały różnie, niektórzy piloci po prostu startowali i znikali za horyzontem, ale wielu po starcie robiło jeszcze dodatkowy pożegnalny przelot nad lotniskiem, często na niskiej wysokości. Najbardziej napalony byłem na amerykańskie B-1B i B-52. Goście zza wielkiej wody nie zawiedli, po starcie każdy z nich zawrócił i pożegnał się efektownym flypassem nad lotniskiem, a B-ONE wykonał efektowane odejście na dopalaczach. Poniedziałek był też okazją aby zobaczyć w locie naszego MiGa-29, który po starcie zawrócił i podobnie jak Amerykanie pożegnał się efektownym przelotem. Poczekałem jeszcze na odlot pary naszych Orlików, które wykonały piękny low-pass po starcie i podjąłem decyzję o odwrocie do ojczyzny. Podsumowując, mimo kiepskiej pogody pokazy były dla mnie udane. Przywiozłem sporo ciekawych zdjęć i nie mniej niezapomnianych wrażeń. Na pewno wrócę tu za rok. Karol "Carlito" Kakietek

OPEN AIR DAY 2017 (Polska, EPMB)

Dnia 16 września b.r. odbył się Open Air Day 2017 zorganizowany przez 22. Bazę Lotnictwa Taktycznego w Królewie Malborskim. W tym roku zarówno frekwencja, jak i pogoda dopisały. Na ziemi można było obejrzeć historyczne już samoloty z bazy oraz wiele innych atrakcji przygotowanych przez inne bazy lotnicze, różne służby i organizacje z regionu i spoza niego. Jednak największymi atrakcjami były popisy w powietrzu pilotów wojskowych i cywilnych, którzy zatrzymywali w miejscu tłumy zwiedzających i sprawiali, że wszyscy dumnie spoglądali w niebo. Niestety, to już ostatnia taka impreza w bazach lotniczych w tym roku. Już za nimi tęsknimy, za tę i wcześniejsze bardzo dziękujemy organizatorom, pilotom i pracownikom obsługi. Do zobaczenia w 2018 roku! Mariusz "Maximus" Jóźwiak

INTERNATIONAL SANICOLE AIRSHOW – AIR TO AIR (Belgia, EBLE)

Uwielbiam takie chwile, jest wrześniowy poranek, piękne Słońce na niebie, przede mną pas startowy. Otoczony przez przyjaciół zmierzam w kierunku otwartej rampy Skyvan’a. Ale najpierw standardowa procedura, sprawdzamy szelki bezpieczeństwa, mocowanie aparatów, ostatnie sprawdzenie ustawień i wchodzimy na rampę, chwila zamieszania, sadowimy się na swoich miejscach, zapinamy uprzęże do mocowań w podłodze, krótkie pozdrowienie i w górę
I oto kolejna misja a2a staje się faktem, tym razem gościmy w Belgii z wizytą u kolegów z Aviation PhotoCrew. Choć kilka dni wcześniej nic na to nie wskazywało, bo opady deszczu ogarnęły chyba całą środkową Europę, to dzisiaj pogoda jak marzenie, jest ciepło, pojawiają się pierwsze chmury, przez które co rusz widać w dole belgijską ziemię. Latamy dziś w trakcie odbywającej się w Sanicole 40 edycji AirShow, program bardzo bogaty to i nasze apetyty bardzo duże. Startujemy z lokalnego lotniska aeroklubowego położonego kilkanaście kilometrów od Sanicole. Start, w dole widać oddalający się pas startowy i już po chwili wzbijamy się w górę, w dole znikają zarysy domów, dróg i zieleni zastąpione mleczną poświatą chmur. I jak zawsze w takim momencie emocje narastają w oczekiwaniu na pierwszego „aktora”, jeszcze jedno spojrzenie na ustawienia aparatu i nagle znad chmur wyłania się szary punkt zmierzający w naszym kierunku, odbija w lewo znikając na chwilę w chmurach by znów pojawić się już bliżej Skayvana. Jeszcze ostry skręt w prawo i podejście do naszej rampy od dołu i już widzimy wyraźnie zarys fińskiego „Szerszenia”. Promienie Słońca odbijają się od owiewki kabiny pilota, już widać wyraźny ślad spalin podgrzewających powietrze, aparaty wędrują do naszych oczu i rozpoczyna się harmonijny „klekot” migawek naszych aparatów.
I tak wygląda cały nasz dzień spędzony na belgijskim niebie, pojawiają się kolejne samoloty, „Szerszenie”, „Jastrzębie” a na koniec wisienka na torcie, czyli nasz Fulcrum Drivers Demo Team z Rafałem Pinkowski za sterami. I tak po kilku godzinach spędzonych w powietrzu wracamy na lotnisko, wszyscy uśmiechnięci, zadowoleni. Ostatnie podziękowania, uściski, pożegnania i tak oto kolejna przygoda z a2a dobiegła końca.
Ktoś kilka dni temu zadał mi dość proste pytanie „jak zrobiłeś to zdjęcie?”. Choć odpowiedź wydaje się banalna, to po dłuższej chwili zastanowienia wcale nie jest proste odpowiedzieć. To konkretne zdjęcie gdzieś na belgijskim niebie robiłem przez blisko 12 lat, to było 12 lat nauki, tysiące przejechanych kilometrów, setki przeczytanych stron o fotografii, tysiące obejrzanych zdjęć i przede wszystkim morze poznanych ludzi, jednych przelotnie widzianych tylko przez chwilę, innych poznanych na zawsze. Ludzi, którzy stali się moją „fotograficzną rodziną”, którzy w deszczu i upale stoją ramię w ramię przy pasie startowym albo na „buraczanym polu”. Bez tych 12 lat to zdjęcie by nie powstało.
Maciej "szamal" Szamałek